![]() |
![]() | |
Strażnik doszedł do końca swojej trasy i ziewnął. Potem odwrócił się i ruszył w dół korytarza. Sten obserwował z otworu w ścianie... oddech... oddech... oddech... spokój... spokój... naprzód. Stanąć na straży. Trzymać się w czasie. Oczy utkwione w plecach strażnika. Blisko. O krok. Wewnątrz trzymetrowej strefy bezpieczeństwa. Namierzyć cel. Przestać myśleć. Lewa ręka Stena owinęła się dookoła szyi strażnika. Szarpnął mocno do tyłu jego głowę i wsadził nóż głęboko w nerki. Wstrzymał oddech. Mężczyzna zacharczał. Sten przeszedł na bok, gdy ciało upadło, potem zaciągnął je z powrotem do otworu i wepchnął do środka. Pobiegł w dół korytarza, tam, gdzie zaczynała się strefa Execów. Znalazł odpowiednie płyty i zaczął je odczepiać. Kiedy Buntownicy rozmyślali nad kompletnymi planami Oka, zwędzonymi dla nich przez Mahoneya z Centrum dla Gości, znaleźli sposób. Najwyraźniej Execowie byli bardziej wrażliwi niż Techowie czy Migowie. Większość dróg przelotowych, zwłaszcza przy terenach zamieszkałych przez osoby wyższe rangą, była odseparowana wewnętrznymi, ekranującymi hałas ścianami. Płyty oddzieliły się gładko i Sten skinął ręką. Czternaścioro Buntowników wysypało się z otworu wentylacyjnego i dołączyło do mego. Jeden za drugim wślizgiwali się do przestrzeni między ścianami. Oron był w środku, z pustą twarzą. Prowadziła go Fadal. Sten zaklął cicho, mając nadzieję, że pamięć przywódcy wróci szybko, bo jeśli poniosą klęskę, większość z nich zginie w Oku. Nawet jeśli kilkorgu uda się uciec na południe, na terytorium Migów, to i tak nie będzie końca wyprawom eksterminacyjnym. Znowu pomyślał, że przecież nie mieli wyboru. Bet zgodziła się z nim niechętnie. A potem wahali się pomiędzy chęcią zobaczenia nowych światów, a obawą, czy będą tam pasować. Sten stwierdził, że to dobry znak. Przestrzeń między ścianami zwęziła się. Sten wciągnął brzuch. Muszą być jakieś drzwi. Jego pierś uwięzła na chwilę. Prawie wpadł w panikę, ale przypomniał sobie, że musi wypuścić z płuc powietrze. Przeszedł z łatwością. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Przyczaili się obok wielkich, podwójnych drzwi do kwatery Thoresena. Sten z ciekawością dotykał materiału. Szorstki. Ziarnisty. Jak zużyta stal. Ale jeszcze bardziej szorstki. Sten zastanawiał się, dlaczego Thoresen nie kazał tej powierzchni chyba organicznej - bardziej wygładzić. Bet przestroiła nadajnik na inną częstotliwość i dotknęła nim do drzwi. Zamknęła oczy... przebiegała palcami po klawiszach. Dźwięki to nasilały się, to słabły w uszach Stena. Coś zaskoczyło. Główny zamek stał otworem. Bet wyciągnęła z torby plastikowy pręcik. Włączyła ogrzewanie i włożyła narzędzie do odpowiedniego otworu w drzwiach. Na końcu pręta znajdował się duplikat odcisku palca wskazującego Thoresena, podgrzany do temperatury ludzkiego ciała. Sten zastanawiał się, jak Mahoney to zdobył. Drzwi brzęknęły - członkowie grupy sięgnęli po broń i otworzyły się. Weszli po cichu do środka. Czas zatrzymał się. Byli w raju. Pokrywa kopuły pozostawała otwarta i przed nimi migotała przestrzeń. Tylko Sten widział przedtem Vulcan z zewnątrz. Miał wystarczająco dużo przytomności umysłu, aby miękko zamknąć drzwi i rozejrzeć się dookoła. W kopule nie było nikogo innego. Ogród. Z rozrzuconymi gdzieniegdzie meblami, otoczonymi łagodnie przez kwitnącą roślinność, zupełnie jakby ktoś usunął z wielkiego domu ściany, sufity, podłogi, pozostawiając na miejscu wszystkie sprzęty. Ruszyli do przodu, rozglądając się. Sten dostrzegł detektor ruchu, obracający się w ich kierunku. Pobiegł do przodu i przeciął nożem przewody. Zlokalizował pozostałe kamery i wskazał je. Buntownicy skinęli głowami. Ruszyli do przodu, klucząc pomiędzy nieznanymi roślinami. Sten, Oron i Bet trzymali się razem, szukając czegoś, co wyglądałoby na biuro. Z boku kopuły znajdowała się wysmakowana salle d'armes. Broń biała i palna, pochodząca z wielu różnych światów i kultur, zdobiła ściany. A po drugiej stronie imponujący, wolno stojący pień, który musiał być biurkiem. Obok niego najbardziej skomplikowany panel komputerowy, jaki Sten kiedykolwiek widział. W pobliżu w zieleń wkomponowano stylizowaną rzeźbę wyjątkowo tłustej kobiety. Sten popatrzył pytająco na Orona. Jego oczy jasno błyszczały. Machnął w kierunku rzeźby. Sten i Bet podeszli do niej. To musiało być to. Na przodzie krzyżowały się dwie wąskie wiązki promieni ITV. Sten wyjął zza pasa promiennik ultrafioletu, włączył go, ustalił natężenie i poprzez pokój skierował na rzeźbę. Kilka minut zabrało znalezienie małego pęknięcia w postaci. Sten wypróbowywał różne możliwości. To nie było proste. Znalezienie sekwencji otwierającej mogłoby zająć wieki. Oron odwrócił się i Sten wyjął mały maser z jego plecaka. Otworzył go, skierował na pęknięcie i włączył. Lekkie przyciśnięcie spustu i rzeźba rozsypała się w proch, odsłaniając sejf o drzwiach otwierających się na dotyk. Sten bardzo ostrożnie wyciągnął zamrażasz ze swojego plecaka i odczepił mały statyw. Otworzył zamrażasz i po pokoju rozpyliła się biała mgiełka, pochodząca ze znajdującego się w środku cylindra o temperaturze bliskiej zera absolutnego. Sten założył rękawice izolacyjne i przyłączył cylinder do statywu, celując dyszą wylotową na prawą stronę drzwiczek do sejfu. Zwolnił spust i odsunął się na bok. Z cylindra wytrysnęła smużka bieli i skrystalizowała się na grubych, stalowych drzwiach sejfu. Potem Bet wyjęła ze swojego tobołka młotek i uderzyła. Metal prysnął jak szkło. Cała trójka uśmiechnęła się do siebie. Dotarli do środka. Papiery, następne papiery, sterty kredytów Imperium. Sten zaczął zbierać banknoty do torby, ale Oron machnął do niego ręką. Nie. I wreszcie znaleźli czerwoną, cienką teczkę. "Projekt Bravo". Mieli go! Żadne z nich nie zauważyło, że jeden z młodych Buntowników wszedł do salle. Zafascynowany archaiczną długą bronią, zdjął ją ze ściany. Cicho trzasnął umieszczony wyżej przełącznik. Sten sięgnął po teczkę Projektu trzymaną przez Orona. Nagle w oczach przywódcy znów pojawiła się pustka. Ze zdziwieniem popatrzył na teczkę i wstał. Akta ześlizgnęły się, papiery rozsypały po podłodze. Sten zaklął cicho i zaczął je zbierać. Nie usiłował ich uporządkować, tylko pracował najszybciej, jak potrafił. Pierwszy strzał trafił trzech Buntowników w pierś, a część bocznego podmuchu zniszczyła listowie. Strażnik stojący w drzwiach wciskał spust z całej siły i obracał się. Następny ładunek uderzył w chłopaka, który przedzierał się przez krzaki, w połowie wypalając mu pierś. Chrypliwe krzyki przerwały ciszę. Strażnik wycofał się za drzwi - wyczerpała mu się amunicja. Bet wyszarpnęła granat z plecaka, wyciągnęła zawleczkę i rzuciła go, padając na ziemię, jakby śmierć przypalała jej głowę. Sten potoczył się w kierunku salle, kuląc się za pierwszym schronieniem, jakie zobaczył. Trzy połączone zbiorniki, z długą rurą i bliźniaczymi uchwytami. Jakiś rodzaj broni. Plakietka powyżej eksponatu muzealnego informowała: "Ziemia preimperialna. Zachowane. Broń ogniowa". Sten miał szczęście, że Thoresen, jak wielu innych kolekcjonerów, utrzymywał swój arsenał w stanie gotowym do użycia. Sten złapał za oba uchwyty i mocno pociągnął. Zobaczył pyknięcie na grzybkowatym zakończeniu dyszy wylotowej, mały płomyk, a potem smolisty, czarny ogień wylewający się z węża. Trysnęło na pięćdziesiąt metrów poprzez pokój - daleko większy zasięg, niż planowali zmarli eony temu konstruktorzy tego urządzenia - i napalm dosięgnął strażników. Zaczęli wrzeszczeć, śmierć była wyjątkowo bolesna, zarówno jeśli człowiek miał tyle szczęścia, aby wciągnąć powietrze do wypalanych płuc, jak wtedy, gdy lepki napalm przepalał aż do kości. Ale jeden z mężczyzn przestał wrzeszczeć na to mgnienie, potrzebne, aby wystrzelić z trzymanej wciąż broni, gdy jakby nieobecny duchem, lekko zdziwiony Oron szedł ku drzwiom. Jego głowa przetoczyła się przez pokój. Sten w osłupieniu, jak robot, postępował do przodu, przesuwając dyszą tam i z powrotem. Zacisnął palec na spuście, oczy miał szeroko rozwarte, puste. I nagle ogień przygasł i wycofał się do węża. Sten odrzucił broń i po prostu stał. Bet złapała go za ramię. - Chodź! Sten odzyskał przytomność umysłu. Patrol, który blokował wejście, zniknął. Wszyscy zginęli. Sten i Bet przebiegli przez drzwi i tylko jeden Buntownik poszedł za nimi, wymykając się z ukrycia. Minęli wrota i rzucili się w głąb korytarza. Nie było dość czasu na to, aby wrócić do szczurzych ścieżek pomiędzy ścianami. Mogli mieć tylko nadzieję, że biegnąc oddalą się dość szybko od kwatery Thoresena. Mknęli korytarzem pochyleni. Pościg już ruszył. Wystraszeni Execowie cofali się, zamykali i blokowali drzwi. Krata na podłodze. Sten i Bet podnieśli ją. Ustąpiła łatwo. Sten spojrzał w dół. Droga wiodła w mrok. Nie było przewodów wentylacyjnych. Nie wiedział, po co ją zbudowano. ale to już nie miało znaczenia. Patrol strażników biegł korytarzem za nimi. Po jednej stronie błyszczały wąskie klamry wspinaczkowe i Sten zauważył wejście do jakiegoś tunelu około dziesięciu metrów poniżej głównego korytarza. Skinął na Bet, aby weszła do dziury. Wsunęła się ostrożnie do środka i Sten zorientował się, że jest ranna. Podążył za nią. Ostatni z członków gangu potrząsnął głową, gdy trafił go pocisk z broni strażnika i rozerwał na kawałki. Bet poślizgnęła się, jedna noga spadła z klamry i dziewczyna obsunęła się w dół. Olej. Smar. Łapała się za klamry, traciła uchwyt. Krzyknęła. Zbyt późno Sten sięgnął do niej, gdy spojrzał w niezgłębioną przepaść. Bet, krzycząc bez końca, oddalała się od niego. Sten patrzył na jej spadające ciało. Aż zniknęło mu z oczu. Potem, poruszając się prędko, wślizgnął się do środka i zaczął mozolnie schodzić w dół. | ||
![]() |
![]() |